Słońce, kamienie i morze.

Malta to taki kawałek świata, który w ogóle nie istniał za bardzo w mojej świadomości, dopóki mój brat nie przeprowadził się tam za pracą. Malutka wyspa, a właściwie archipelag wysepek, z których główną Maltę można objechać samochodem w jakieś 2-3 godziny. Mówią po angielsku i po maltańsku, który brzmi jak skrzyżowanie włoskiego, arabskiego i czegoś jeszcze, znaki drogowe piszą po maltańsku i ni diabła nie wiem nigdy jak wymówić nazwy takie jak Marsaxlokk, Żebbuġ lub Birżebbuġa. To chyba jedyny język poza polskim, gdzie widziałam użycie „ż”, chociaż czyta jest jako „z”, „ġ” wymawia się jakoś między dż a dź, a dwuznak „għ” jest niemy. Nawet nie próbuję się tego uczyć.


Wyspy są prawie pozbawione drzew – zakon maltański pośrednio, za to znacząco przyczynił się wylesienia Malty, zwłaszcza od XVI do XVIII wieku, wykorzystując resztki zasobów leśnych wyspy na potrzeby militarne, morskie i urbanistyczne. No więc łyso, dużo kamieni i jeszcze więcej zabytków z listy Unesco. Sporo historii, bo są tam chyba najstarsze stojące megalityczne budowle w Europie, jest stolica Valetta, jest Hypogeum i katakumby w Rabacie, no i jest urokliwa M’dina, są klify po zachodniej stronie wyspy. Maltańczycy jeżdżą po lewej stronie drogi, co dla mojej leworęcznej świadomości jest właściwą i słuszną stroną jeżdżenia, łatwo się przestawiam i coraz krócej mylą mi się wycieraczki z kierunkowskazem. Za to po powrocie do Polski dłużej adaptuję się do prawostronności i potrzebuję sekundy namysłu, po której stronie jezdni właściwie powinnam się znaleźć. Jeździłam też trochę zbiorkomem i to może być ciekawe doświadczenie, bo kierowcy jakoś umownie tylko trzymają się rozkładów.

Pierwszy raz przylecieliśmy z Wojtkiem na Maltę pod koniec marca 2023, tuż przed Wielkanocą i zaskoczyła mnie wtedy niezliczona ilość dekoracji. Żadne tam palmy czy pisanki, w co drugim maltańskim oknie świecił wielki katolicki krzyż albo z balkonu zwisał taki duży fioletowo-złoty ni to gobelin, ni to dywanik (pardon my ignorance) z Jezusem. Objechaliśmy wyspę w każdą stronę, obejrzeliśmy większość tego, co tu jest do zobaczenia. Udaliśmy się na sąsiednią wysepkę Gozo, popłynęliśmy łódeczką na Blue Lagoon przy wysepce Comino, które znane jest z bajecznie turkusowej wody a także, jeśli pogoda dopisze, to dzikiej ilości turystów. Czyli w mojej rzeczywistości unikać jak ognia. W ogóle Malta jest tak mała a cieszy się takim wzięciem wśród turystów i imigrantów, że trudno tam o samotność i puste plaże.

To, co na Malcie jest najfajniejsze jest pod wodą. Lub na wodzie, bo to właśnie na Malcie pierwszy raz spotkałam zwierzątko Velella Velella, po angielsku by-the-wind sailor (nie wiem, czy mamy jakąś fantazyjną nazwę po polsku), które jest zupełnie niegroźne, wygląda jak dziwny kawałek plastiku, może jakaś zdeformowana galaretka, której duże ilości wiatr zwiał na Golden Beach. Wprawdzie w marcu woda miała jakieś 16 stopni i zmarzłam jak diabli obiecując sobie, że już tym razem na pewno zrobię uprawnienia na suchy skafander, ale w listopadzie woda miała już ponad 20 stopni i było bardzo, bardzo przyjemnie. Pod wodą sporo życia, no i wielka gratka dla miłośników wraków, bo tych wokół Malty i Gozo jest jakaś szalona ilość z każdej strony. Ja nie jestem jakimś wielkim entuzjastą wraków, ale za każdym razem słucham, jak Ben z NDS opowiada o nich super ciekawie, to kurczę muszę przyznać, że to robi wrażenie. A jeśli po drodze znajdziemy zwierzątki, jakąś ośmiorniczkę lub ślimaki nagoskrzelne, to już jestem gotowa tu jeszcze wracać, nie tylko do brata 🙂

Jeśli na Comino będzie za bardzo wiało, łódź zatrzyma się od drugiej strony i można posnorklować, wyjść na brzeg i obejść najmniejszą z zamieszkały maltańskich wysp. Co zabawne, na Comino mieszka jedna dwuosobowa rodzina, jest jeden wymarły hotel ale odwiedza ją orientacyjnie pół miliona ludzi każdego roku czyli drugie tyle co zamieszkuje całą Maltę.

Marsaxlokk chyba najbardziej znane jest ze swoich kolorowych łódek i rybnego targu, gdzie wszyscy perwersi, którzy lubią owoce morza mogą się zaopatrzyć. Dla mnie to było przykre doświadczenie oglądać pół żywe zwierzęta. Zdecydowanie wolę oglądać je żywe, w ich naturalnym środowisku.

Egipt solo<< >>Japonia inaczej (niż poprzednio)

About the author : Maja