Japonia inaczej (niż poprzednio)
Po siedmiu latach postanowiliśmy wrócić do Japonii, tym razem w okrojonym 3-osobowym składzie. Każde z nas wrzucało pomysły do wspólnego koszyczka, a potem profesor Excel skleił z tego tabelę z imponującym planem. Spędziliśmy w Japonii miesiąc i jest we mnie tyle różnorodnych wrażeń, obrazów i zapachów, że wciąż jeszcze przyswajam. Jest w Japonii trochę rzeczy, których albo nie rozumiem, albo mi się nie podobają, chociaż więcej o nich czytam, niż doświadczam jako turysta. Nie podoba mi się zupełnie coroczna rzeź delfinów, ani Ocean Expo Park na Okinawie, gdzie w małych basenach trzymane są zwierzęta i organizowane są pokazy. Nie podoba mi się japoński nacjonalizm i szowinizm, ani to, że Japonia nigdy nie przeprosiła swoich sąsiadów za zbrodnie wojenne z pierwszej połowy XX wieku. W końcu nie całkiem rozumiem wstawki bardzo krwawe i brutalne lub bardzo seksualne w produkcjach anime. Widziałam tych produkcji tylko kilka, więc ekspert ze mnie jak z koziej wiesz co, ale skoro nie znam się to się wypowiem. Za każdym razem zaliczam zwarcie obwodów, bo nie rozumiem po co to jest i co autor miał na myśli. Trudno mi było się w tym kraju porozumieć, naprawdę niewiele osób mówi w obcym języku i spędziłam wyjazd z telefonem w ręku. I jak tak myślę o tej Japonii, to z jednej strony myślę, że jest trochę miejsc na świecie, do których chciałabym pojechać bardziej, ale jednak trudno mi przejść wobec tego kraju obojętnie.
Tym razem odwiedziliśmy trzy wyspy – Okinawę, Honsiu i Hokkaido, starając się ominąć większość popularnych punktów turystycznych. Okinawa uderzyła nas gorącem i wilgocią, powoli aklimatyzowaliśmy się w upale i zmianie czasu, a dzięki rozszalałej bujnej zieleni, intensywnym zapachom ziemi i flory, wielkiem karaczanom i jeszcze większym pająkom mogłam poczuć się znowu jak na Mauritiusie. Naha, stolica wyspy jest dla mnie obsolutnie pomijalna, gęsto zabudowana brzydką architekturą, ale północna część Okinawy, park narodowy Yanbaru, lasy namorzynowe wśród których można pływać kajakiem, wodospady, motyle wielkości ptaków, to wszystko robi wrażenie. Z Japonii najbardziej chciałam polecieć właśnie na Okinawę ze względu na nurkowanie i nie zawiodłam się – absurdalnie turkusowa i przejrzysta, ciepła woda, przebogate rafy koralowe i mnóstwo, mnóstwo życia pod pod spodem.


























Honsiu
Na głównej wyspie planowaliśmy spędzić po kilka dni w Osace i Tokio, a potem uciec w bardziej odludne rejony. Szwendaliśmy się po miastach bez celu, taktycznie chroniąc się na przerwy w zwiedzaniu w klimatyzowanych lokalach. To, co w Japonii jest wspaniałe to konbini (sieciowe sklepy spożywcze, jak nasze Ropuszki) na każdym rogu i automaty z zimnymi, niesłodzonymi napojami nawet w największych zadupiach. Wysoka temperatura i wilgotność w miejskim wydaniu, dzika ilość bodźców wzrokowych, dźwiękowych i zapachowych to było dla mnie bardzo dużo. Czuję się nakarmiona pod sam korek i z jednej strony wiem, że w sumie mogłabym jeszcze sobie dawkować duże japońskie miasta przez kolejne dni, ale z drugiej strony czułam, że ten nadmiar bodźców powoduje, że jestem rozdrażniona i łatwo się irytuję. Zbawiennym pomysłem na upały okazała się wyprawa na canyoning, gdzie spędziliśmy dzień w cieniu lasów, w zimnej wodzie górskich strumieni. Co zabawne, niby wciąż w aglomeracji tokijskiej, ale dojazd do Okutama zajął nam jakieś 3h a krajobraz wokół był raczej uzdrowiskowy, niż miejski.
















Jedynym miejscem, do którego wróciliśmy w Japonii z premedytacją było Koyasan. Metro, dwa pociągi, kolejka i autobus dalej od szaleństwa Osaki przenieśliśmy się do świata buddyzmu Shingon. Znowu mieszkaliśmy w buddyjskim klasztorze, znowu jedliśmy dziwne i trudne do odgadnięcia rzeczy, uczestniczyliśmy w porannych modlitwach i przepisywaliśmy sutrę serca, co okazało się być wspaniałym ćwiczeniem medytacyjnym. Z niespodzianek kulinarnych napewno pozostanie w mojej pamięci plaska biaława kostka udekorowana kropelką zieleni i pływająca w czymś ciemnobrązowym, co naiwnie wzięłam na jakiś wariant na temat sernika, a okazało się być kompletnie mdłym galaretkowatym tofu, pływającym w sosie sojowym, udekorowanym kropelką wasabi.
Zanurzeni w zapachu starego drewna, kadzideł, wielkich cedrów, o zmierzchu znowu gubiliśmy się na cmentarzu Okunoin, podobno największym w Japonii, napewno najbardziej magicznym jaki kiedykolwiek widziałam.















W okresie Edo istniała droga, która łączyła przez Alpy Japońskie Kioto i Edo (obecne Tokio). Szlak miał ponad 500km, a na trasie można było zatrzymać się w stacjach oferujących nocleg i wyżywienie. Większość szlaku już nie istnieje, ale nadal jest kilka odcinków w oryginalnej formie, z zachowaną oryginalną architekturą. Mało ludzi, dużo przyrody. Małe drewniane miasteczka-skanseny, gdzie można zobaczyć jak wyglądały tradycyjne japońskie domy, inne przekształcone w kawiarenki, sklepy z pamiątkami, itp. I wszystkie detale z animacji studia Ghibli. Po trzech dniach chodzenia szlakiem w dzikim upale, godnym było skorzystać z tego, co Japończycy robią genialnie – odpoczynku w tradycyjnym zajeździe ryokan z onsenem, czyli kąpieliskami w gorących źródłach. Myszon wybrał dla nas taki, który – jak głosi plotka – był inspiracją dla ryokanu w filmie Spirited Away ze wspomnianego już studia Ghibli. Niespodzianką na trasie okazały się przypadkowo odkryte japońskie grające drogi. Po prostu przejechaliśmy dwoma z nich. Zastaliśmy niesamowite i klimatyczne miejsce. Znowu dostaliśmy na kolację miseczki z jedzeniem trudnym do zidentyfikowania, chłopaków tym razem pokonały wykwintne dania typu wnętrzności morskiego ogórka, a ja błogosławiłam, że to jedno z tych nielicznych miejsc w Japonii, gdzie była dostępna opcja wege. Przyjechaliśmy tu głównie po regenerację, a tę zapewnił nasz ogromny, tradycyjnie urządzony pokój z tatami do spania, z drewnianym tarasem wychodzącym na ścianę zieleni, zapasem zielonej herbaty i własnym gorącym basenem. Mogłabym tam siedzieć tydzień.









Hokkaido
Hokkaido okazało się być najmniej odwiedzane przez turystów i w ogóle dużo mniej zaludnione niż poprzednie wyspy. Nie pozbawione oczywiście turystycznych pułapek, typu Shirogane Blue Pond – sztuczny staw o bardzo, bardzo niebieskiej wodzie, a obok wielki parking za 500 yenów, budka z napojami barwionymi na niebiesko i selfie spot. Na Hokkaido chcieliśmy dowiedzieć się czegoś o Ajnach, którzy byli pierwszymi mieszkańcami tej wyspy, ale zostali brutalnie spacyfikowani i szykanowani przez Japończyków, m.in. zabroniono kultywowania ich lokalnych tradycji i w ogóle Ajnowie musieli walczyć o uznanie ich za lud tubylczy (co się wydarzyło, uwaga – dopiero w roku 2008!!) Dziś to, co można zobaczyć z ich kultury to nowiutkie muzeum w Upopoi (z polskim akcentem w postaci Bronisława Piłsudskiego, który po zesłaniu na Sachalin badał kulturę Ajnów, ożenił się i założył tu rodzinę), wioskę Ajnów nad jeziorem Akan, która jest smutnym komercyjnym skansenem, składającym się z małego placyku i kilku uliczek ze sklepami z pamiątkami.
Na północy Hokkaido popatrzyliśmy na morze ochockie i wyspy kurylskie, o które toczy się spór prawny między Japonią o Rosją. Powspinaliśmy się na okoliczne góry, podziwiając wulkany, ich siarkowe wyziewy, jeziora i spektakularne widoki. Mimo rekordowej w tym roku w Japonii liczby niedźwiedzi i ich ataków na ludzi, nie spotkaliśmy ani jednego, nawet z daleka. Ale nigdzie indziej nie widziałam takiej ilości dzikich zwierząt. Podobno Hokkaido słynie ze spektakularnych zim i sama się dziwię, że to piszę… ale gdybym miała taką możliwość, wróciłabym tu właśnie zimą.

















