Egipt solo
Zdarzyło się tak, że w przerwie między starą pracą a nową miałam tydzień wolnego. Wojtek nie mógł ze mną jechać, więc postanowiłam polecieć sama do Egiptu i ponurkować. Plan miałam taki, żeby wstawać rano, śniadanie, nureczki, jedzonko, leżeć i czytać, kolacja, spać, i od nowa, i tak cały tydzień. Pisałam już kiedyś o tym, że moja relacja z Egiptem jest burzliwa, ale jeśli chodzi o nurkowanie to wciąż uważam, że to jedno z bardziej spektakularnych miejsc w tej części świata. Ciepła, przejrzysta woda, bogactwo życia pod wodą, zarówno drobnicy, jak i możliwość spotkania pięknych dużych zwierząt. Za każdym razem jest to sztos.
Nie miałam odwagi jechać sama na własną rękę, więc wybrałam biuro podróży i hotel, w którym już kiedyś byłam. Jego największym atutem w moim mniemaniu jest długie molo, które wychodzi zaraz za rafą, więc kiedy słońce wstaje koło 5 rano, a normalni ludzie jeszcze śpią, można wziąć maskę, płetwy i udać się na spotkanie, a naprawdę spotykać się można bez końca. Na lotnisku miałam wprawdzie moment zawahania, czy to był dobry pomysł, bo współuczestnicy jeszcze przed wylotem wyposażali się w duże ilości alkoholi, konsumpcja w samolocie była sroga, żybżybży, a potem jeszcze zapuchnięte czerwone twarze, zionące przetrawioną wódą w autokarze do hotelu.
Ku mojemu zaskoczeniu, pan na recepcji zapytał, czy już tu byłam (no byłam!), po czym przydzielił mi pokój z pięknym widokiem na morze. Niestety, panowie z obsługi przez pierwsze trzy dni chyba zakładali, że skoro przyleciałam sama, to pewnie na seks-turystykę i bardzo byli natarczywi i nagabujący. Serio, to było tak męczące, że przemykałam tylko szybko na posiłki, a potem spędzałam czas na własnym balkonie.
Szczęśliwie moi adoratorzy zorientowali się, że wychodzę wcześnie, wracam późno, obładowana sprzętem nurkowym i nie dam namówić się na masaż, nie piję alko i nie bywam na wieczorkach hotelowych. Dali mi spokój. Yess.

Jasno robiło się przez 6 rano i to był mój ulubiony, i najlepszy moment na spacer. Resort jeszcze śpi, nie ma żywego ducha, caluteńka plaża i molo tylko dla mnie. Potem śniadanie, zebrać sprzęt i na nurkowanie. Nurkowanie wspaniałe. Zawsze robi na mnie ogromne wrażenie kontrast surowej monochromatycznej powierzchni i oszałamiającej ilości kolorów, kształtów i tekstur pod wodą. Miałam kapitalnego partnera do nurkowania, oboje robiliśmy zdjęcia pod wodą, więc mieliśmy dobrą synchronizację. Bo ci od zdjęć zawsze przecież zostają na końcu, żeby złapać dobre ujęcie, co pod wodą nie jest wcale takie proste, bo światło inaczej się zachowuje, stwory się ruszają i nie chcą pozować. Im głębiej, tym widać mniej kolorów, a jeśli przy dnie to łatwo wzbić piasek, który wszystko zasnuje mgiełką. W ogóle trafiłam na łodzi fajną ekipę nurkujących rodaków z różnych części Polski.





Nie udało mi się spotkać delfinów przy Dolphin House, za to po raz pierwszy udało mi się spotkać diugonia, znanego też jako krowa morska. Taka krowa morska osiąga do 3 metrów długości i wagę do 500 kg, żeruje na dnie gdzie żywi się oczywiście morską trawą. Taka krowa, jako że duża to też szybko pływa i strasznie trzeba się namachać płetwami, żeby próbować dotrzymać jej kroku. Poza krówką nie zabrakło żółwi, muren, rekina, płaszczek, rozdymek, błazenków, skrzydlic, szkaradnic, ślimaków nagoskrzelnych i bogowie egipscy wiedzą tylko, czego jeszcze.
Mam nadzieję wrócić jeszcze w te okolicy, ale chyba raczej już nie sama. Jakkolwiek niepoprawnie to zabrzmi, z męską obstawą po prostu miałam święty spokój.

















