Jeśli chcesz rozśmieszyć boga, opowiedz mu o swoich planach
W 2015/16 mieszkaliśmy na Mauritiusie. Był taki moment, że myślałam, że to będzie moje miejsce na ziemi, wracaliśmy regularnie. W styczniu 2023 postanowiliśmy polecieć po raz pierwszy od pandemii. Wylatywaliśmy dokładnie w Sylwestra i jak się później okazało, wyjazd był wystrzałowy z bardzo wielu powodów.
Pierwszy powód był taki, że nasz starszy syn okazał się nie mieć paszportu. O braku tegoż dokumentu dowiedzieliśmy się na kilka godzin przed wylotem i spędziliśmy kilka nerwowych godzin próbując dojść do tego, gdzie paszport może być, czy zginął/został skradziony, a w końcu czy wyrabiać nowy, a może da radę odzyskać stary? Finalnie wylecieliśmy w okrojonym składzie, sfrustrowani i rozżaleni, bo przecież to miał być nasz wspólny rodzinny wyjazd od dawna. Młody doleciał do nas 2 dni później, z odzyskanym paszportem po szaleńczym maratonie kolejowo-lotniczym na trasie Warszawa-Kraków-Sztokholm-Lulea-Sztokholm-Frankfurt-Mauritius. Jak się okazało, to było preludium przygód, które na nas czekały.


Pierwszą przygodę zaczęłam dość niewinnie – poślizgnęłam się na plaży i obtarłam kostkę. Miałam w kieszeni żel dezynfekcyjny, więc na wszelki wypadek oblałam nim obtarcie, zupełnie zapominając, że na Mau jest jednak inna flora bakteryjna i już kiedyś zaliczyłam podobne obtarcie na kolanie, które długo nie chciało się goić. Tak się stało i tym razem. Kostka spuchła, paprała się i nie chciała się goić, miałam kłopot z chodzeniem, bolało jak diabli. Dopiero zaaplikowanie lokalnych maści przyniosło ulgę, ale noga goiła się miesiąc, a blizna na kostce już ze mną została.
Kiedy mieliśmy przenieść się z północy wyspy do drugiej kwatery w zachodniej części, wydarzyły się dwie rzeczy. Najpierw zaczęłam pokasływać i czuć się jakoś byle jak. Dostałam gorączki. W dniu przeprowadzki właściciel kwatery obwieścił nam, że na wyspie jest susza i w związku z tym w domu nie ma w domu wody, zapasowy zbiornik jest pusty a CWA (Central Water Authority – jednostka, która odpowiada za dostarczenie wody pitnej na wyspie) nie odpowiada na ponaglenia i wody na razie nie ma, ale jakoś to ogarniemy, tak tylko Wam mówię.
No to ogarnęli ten brak wody tak, że skasował nam rezerwację na bookingu. W szczycie turystycznego sezonu, kiedy z kwater dostępne są tylko resorty za zyliony złotych monet za noc.
Musieliśmy wymeldować się z obecnego apartamentu, panowie zeskłotowali moje dygoczące z gorączki truchło pod palmą na plaży, okryli szczelnie ręcznikami i pareo, a Generał Głównodowodzący ruszył na poszukiwanie nowego domu. Jako Wielki Człowiek i ogarniacz najtrudniejszych życiowych fakapów wynalazł przepiękny dom z wielkim ogrodem z mangostanami i palmami kokosowymi, basenem i ogrodnikiem w pakiecie, w części wyspy, której nigdy nie odwiedziliśmy. To jest pewnie historia na osobny post, bo naprawdę nic nie było dostępne, na bookingu i airb’n’b były pojedyńcze miejsca totalnie poza naszym budżetem, ja nie wiem jak on to załatwił. I przysięgam, ten dom był najjaśniejszym punktem naszego wyjazdu.






Bo to nie był koniec. Ledwo zdążyliśmy się przenieść, do mojej gorączki dołączył Myszon, człowiek, który wydawało się, że odchorował wszystko w dzieciństwie i teraz choruje bardzo, bardzo rzadko. Za to spektakularnie. No więc leżeliśmy razem w jednym pokoju, żeby nie narażać innych. Jego temperatura twardo trzymała się 40 stopni i ledwo dawała się zbijać o pół, może jeden stopień. Leki, okłady, chłodne prysznice. Po 2 dniach Wojtek zawiózł nas do szpitala, gdzie cudowny lekarz (jesteście z Polski? Och, ja studiowałem w Polsce, wspaniałe czasy, pyszna żubrówka!) postawił nas oboje na nogi. Młody po godzinie kroplówki, blady i spocony obwieścił światu, że coś by zjadł i to był znak, że idzie ku dobremu.
Do końca tego bajecznego wyjazdu zostało nam ledwo co, więc jak byliśmy w stanie wsiąść do auta zrobiliśmy tournée po naszych ulubionych miejscach na wyspie. Głównie padał deszcz, ale i tak odwiedziliśmy stare kąty we Flic en Flac i naszą ulubioną restaurację u Zuba. Szkołę, do której chłopcy chodzili, ‘nasze’ okolice w Tamarin i Black River, plażę w Le Morne (wyobrażam ją sobie zawsze, kiedy nie mogę zasnąć). Odwiedziliśmy ogromne żółwie w La Vanille, wybraliśmy się do rezerwatu na wysepce Aigrette i objechaliśmy całe wschodnie wybrzeże, z przystankami na plantację herbaty Bois Cheri i do Ganga Talao. Nie udało się połazić po górach, z nurkowania nic nie wyszło, więc poszliśmy chociaż posnorklować i to był bardzo smutny widok, bo zobaczyłam wiele martwych korali, które jeszcze kilka lat temu pamiętam zachwycające swoim bogactwem. Mauritius ma w moim sercu bardzo szczególne miejsce i przez moment miałam myśl, że może on próbuje mnie jakoś do siebie zniechęcić, żebym tu więcej nie przyjeżdżała. Ale ja wiem, że tam jeszcze wrócę odczarować ten wyjazd pełen katastrof.















