weekendowi turyści

Właściwie można powiedzieć, że jesteśmy zupełnie nowymi ludźmi. Stara skóra zeszła z nas wszystkich, mamy nowe nosy i ramiona.  Za nami pierwsze kryzysy, kiedy Tytus miał wszystko w poprzek,  Szymon pytał kiedy wrócimy do Polski. Ja miałam też swój słabszy dzień, kiedy sieć odmawiała mi współpracy i nie mogłam się z nikim skomunikować, syni skakali sobie do oczu lub generowali nadprogramową ilość decybeli.  Schemat dni roboczych chwilowo się utarł. Poważny pan z teczką wychodzi ok. 8ej,  przychodzi Arianne, ćwiczenia, lekcje, odpalam komputer i probuję pogodzić pracę z faktem, że trzeci tydzień siedzi mi nad głową dwóch małolatów.  We wtorek chłopaki jadą do West Coast pisać assessment, więc trzymajcie kciuki!

W soboty zazwyczaj zwiedzamy, niedziela dzień święty – byczymy się na plaży.

Ostatniej soboty pojechaliśmy do parku Casela, niedaleko Flic en Flac. Kilka osób zachwalało, że takie fantastyczne miejsce, lepsze niż La Vanille.  Miejsce rzeczywiście fajne – zwłaszcza dla dzieciarów. Ogromny teren, którego nie da się chyba obejrzeć za jednym podejściem, oferujący mnóstwo  aktywności, od łowienia ryb, karmienia zwierząt po górskie wspinaczki, quady i kanioning. Sporo z tych aktywności jest dla starszych dzieciaków (metr pisiąt w górę) , więc ze względu na Szymka daliśmy spokój. W Caseli zachwycająca jak zawsze przyroda, możliwość obejrzenia z bliska barwnych ptaków czy wielkich kotów robi na mnie zawsze ogromne wrażenie. Jest to jednak przedsięwzięcie dużo bardziej komercyjne niż La Vanille. Dzieciom podobała sie bardziej Casela, staruchom to drugie.

Autostradą na południe. 
W Caseli stoi makieta całej wyspy z głównymi atrakcjami.
Wiosna!

Karmienie kózek.

Łowienie tilapii. Dostajesz bambusową wędkę i kulkę żarcia na przynętę. Ryb jest pełno, ale wcale nie łatwo je złapać. Po złowieniu, wpuszczasz je z powrotem do stawu.

Ptaszarnia

Na wielkie koty można popatrzeć z punktów obserwacyjnych, albo w opcji Drive Through  – okratowanym i okablowanym busikiem wjeżdżasz przez podwójną bramę na teren, gdzie mieszkają lwy i tygrysy bengalskie.  Jest też opcja przenajkomercyjna i najdroższa, kiedy w asyście strażników wchodzić za ogrodzenie do lwów. Możesz pochodzić obok lwa i zrobić sobie z nim zdjęcie. Najzabawniej wyglądało, jak znudzona lwica dyndała na tej samej gałęzi, na której siedzą strażnicy. 
Przepraszam, nie mogłam się powstrzymać. 😉
Powiedzenie „mina srającego kotka” nabrało dla mnie nowego znaczenia.

W niedzielę pojechaliśmy na plażę w Trou Aux Biches, podobno drugą najładniejszą plażę na wyspie. Trou Aux Biches to głównie resorty. Jadąc przez nie mijasz tylko kolejne wysokie mury.Kolejny raz przekonałam się, że to co w rankingach zajmuje wysokie miejsca, w moim niekoniecznie. Plaża dość wąska, obstawiona przez hotele, gdzie wzdłuż trawników przechadzają się umundurowani ochroniarze i przeganiają lokalsów, którzy spróbowali się rozłożyć na skrawku trawnika, sporo sprzedawców paciorków, szmat i ananasów. Szczęśliwie są zupełnie nieuciążliwi, w porównaniu z tymi, których zapamiętałam z Kenii i Zanzibaru są właściwie subtelni, życzą Ci miłego dnia i zostawiają Cię w spokoju.

Z miejsc, które chciałabym tu jeszcze zobaczyć jest z pewnością ogród botaniczny w Pamplemousse (zaczyna nam się tu wiosna i przyroda szaleje jeszcze bardziej), hinduską świątynię a Grand Bassin (najbardziej w trakcie święta Diwali, które będzie w listopadzie) i będzie można ze spokojnym sumieniem oddać się nauce nurkowania, w przypadku Szymona może się uda podwodny spacer.

Cześć!

flora, fauna i inne turystyczne atrakcje<< >>goście goście

About the author : Maja