Luzon, Alleluja! Filipiny część 3.

*Ostrzeżenie, ten post  zawiera drastyczne zdjęcia, oglądasz na własną odpowiedzialność!

 

Nie wzięliśmy pod uwagę, że zbliża się Wielkanoc i możemy mieć kłopot ze znalezieniem kwatery. Jest jeszcze gorzej niż na Coron, autentyczne nic, zero, nul. Sprawdzam po kolei wszystkie resorty, hotele, hostele, guesthousy i kompletna bryndza. Modyfikujemy plany i oto lecimy do Angeles, na północ od Manili, by dostać się do wioski Santa Juliana w pobliżu wulkanu Pinatubo. Wioska jest w pobliżu baz wojskowych, nie ma zasięgu, nie ma internetów. Akurat, kiedy potrzebujemy łączności, żeby chłopaki mogli zaliczyć swoje egzaminy. Wojtek zły na siebie, ja myślę, że spoko damy radę, będzie dobrze. Wierzę, że każda rzecz w naszym życiu dzieje się po coś i mam przeczucie, że tu będzie git. Zastajemy bardzo fajne miejsce i przesympatycznych, gościnnych ludzi, do tego barwnych gości, dzięki czemu wieczory upływają na fantastycznych opowieściach. A potem okazuje się, że trafiliśmy do tej części Filipin, w której Wielkanoc to bardzo wyjątkowy czas. Każdego dnia, aż do Wielkiego Piątku mężczyźni kroczą w procesjach przez wieś, jedni jako biczownicy, drudzy jako krzyżownicy. W wielki piątek krzyżują się, zazwyczaj przywiązują się do krzyża, chociaż w niektórych wioskach są twardziele, którzy się przybijają. W głowie migają mi obrazki rodem pewnie z National Geographic, a tu proszę, oglądam to na żywo. Mężczyźni mają zazwyczaj zasłonięte twarze, roślinne korony na głowach, sznury na ramionach i nogach. Na widok pierwszych pleców zdartych do żywego mięsa robi mi się słabo, nie mogę zrozumieć jakim cudem, w tym upale chłopak idzie cały czas i chłoszcze się, krew cieknie mu po plecach, a on nie przestaje ani iść, ani się biczować.

Chłopaki chodzą codziennie po kilka godzin, kiedy przechodzą przed nosem kolejny raz,  ku własnemu zaskoczeniu stwierdzam, że do tego widoku można się przyzwyczaić. Przestaje mnie dziwić, że pół wsi towarzyszy temu przedstawieniu, kobiety, dzieci, telefony. Nadal nie do końca rozumiem, dlaczego ludzie to robią, ale bez wątpienia popis ludzkiej siły woli i wytrzymałości jest piorunujący.

Wielkanoc spędzamy odwiedzając wulkan Pinatubo. Wulkan jak najbardziej aktywny,  ostatnią erupcję zaliczył w 1991r., będąc podobno drugą największą erupcją w XX wieku. Krajobrazy malownicze, podejście okazuje się być leniwym spacerem niczym doliną Kościeliską. Jedyna różnica, że przy każdym postoju spotykasz żołnierzy pod bronią. Nie da się zapomnieć ani na chwilę, że w pobliżu jest baza wojskowa.


Coron. Filipiny odc. 2<< >>Pół roku w drodze

About the author : Maja

Leave a Reply

Your email address will not be published.