Malakka i George Town

Miasta i cywilizacja są nam potrzebne na trasie. Możemy w nich uprać nasz skromny dobytek, uzupełnić zasoby, albo przynajmniej próbować. Na przykład znaleźć klapki dla europejskiego nastolatka to w azjatyckim kraju spore wyzwanie. Rozmiary kończą się na zazwyczaj 42 a i tak owo 42 naszemu nierówne.

Z Singapuru pojechaliśmy do Malakki (Melaki), niedużego miasta, które historycznie było jednym z ważniejszych portów handlowych w tej części świata, a dziś jest atrakcją turystyczną i mieszaniną klimatów portugalskich, holenderskich, arabskich i chińskich.  Chinatown, nieduże kolonialne domy, wąskie uliczki mają urokliwy klimat, ale nie tak, żebym chciała tam wracać.

W weekendy główna ulica Jonker Walk zamyka ruch dla samochodów i zamienia się w  bazar. Czego tam nie ma – mieszanina kolorów, zapachów i dźwięków przyprawia o zawrót głowy. Biżuteria, ciuchy, agd duże i małe, paciorki, selfie sticki, magnesiki i przenośne wiatraczki w kształcie pokemonów i totoro, no i wszędzie żarcie – Chińczycy są w stanie ugotować i usmażyć chyba wszystko, aromaty unoszące się znad chińskich garkuchni wywołują u mnie przynajmniej zmarszczenie nosa, do tego wszędzie durian. Nie wiem na czym polega fenomen tego owocu, naprawdę bohatersko chciałam podjąć się zjedzenia go. Król owoców! Żaden z chłopaków nie podzielał mojego entuzjazmu, no to może tylko mały kawałek na spróbowanie. Smród starych skarpet? Wymiociny zaschnięte, lekko podsmażone na słońcu? Nie umiem dobrze oddać bukietu zapachowego tego niezwykłego owocu, ale nie udźwignęłam.

Na Jonker Walk sprzedają tarty i lody z duriana. Dobra, tym razem dam radę! Napewno sorbet z duriana wymroził ten straszny smród i zostanie sam creme de la creme, będzie ekstra! Po pierwszym kęsie, już wiem, że smród starych skarpet i wymiocin można też zakonserwować i podać w formie mrożonej. Ohyda! Panowie mają niezły ubaw, ja już wiem, że duriana będę podziwiać tylko z daleka. Podejrzewam, że cała ta historia z królem owoców to prastary chwyt marketingowy i jajo z głupich turystów. Czy tak!? Czy na sali jest osoba, której SMAKUJE durian?!

Jak na mój gust Malakę można obejrzeć w jeden dzień. Poza historyczną częścią, reszta miasta jest po prostu brzydka. Nawet stare ładne domki nad rzeką kończą się wielkim logo H&M, które psuje klimat. (Tak na marginesie w każdym azjatyckim mieście i miasteczku, w którym byłam widziałam sklep H&M albo Bata). Entuzjaści odpustu mogą się przejechać  ozdobnymi rykszami,  które świecą i grają, proponuję przejażdżkę solo – muzyka gra tak głośno, że raczej nie ma szans na rozmowę.

 

 

Na sam koniec malezyjskiej przygody zostawiamy sobie George Town na wyspie Penang. Niby też z listy Unesco, ale po wizycie w Malace jestem raczej sceptyczna i rozważam, czy może nie odpuścić, ale zabukowaliśmy już w sumie nocleg i przecież nigdzie nam się nie spieszy. Hostel okazuje się najoryginalniejszą miejscówką w jakiej do tej pory się zatrzymaliśmy. Stary, klimatyczny budynek – miejskie legendy mówią, że był kiedyś domem publicznym, inne, że sklepem. Tak czy owak atmosfera i lokalizacja zachęcają, żeby zostać dłużej.

George Town znane jest ze swoich murali, na turystycznych mapkach są oznakowane te najciekawsze, a jeśli chcesz zobaczyć je w spokoju to najlepiej iść na spacer rano. Nie jest jeszcze zbyt gorąco i nie ma żywego ducha.  Po dziewiątej/dziesiątej uliczkami przelewają się grupy turystów, zwłaszcza turyści skośnoocy mają tendencję do przemieszczania się stadami i robienia sobie zdjęć ze wszystkim.

Autorem najładniejszych murali jest Ernest Zacharevic, ale lokalni wytwórcy, właściciele hosteli i punktów gastronomicznych idą podobnym tropem i ozdabiają dojścia do swoich lokali w zabawny sposób. Stara część miasta w porównaniu z Malaką jest imponująca. Jest i Chinatown, i Little India, i domy klanowe, i dużo dobrego jedzenia wszelkich narodowości. Po intensywnym przemieszczaniu się po Malezji nie chce nam się niczego więcej zwiedzać. Będąc wciąż początkującymi podróżnikami mamy apetyt, żeby być wszędzie i zobaczyć wszystko i musimy sobie przypominać, że nigdzie się nie spieszymy, nic nie musimy. Podróżowanie jest męczące, przyjmowanie dużej ilości bodźców skutecznie zajmuje głowę i bardzo potrzebny jest taki czas, kiedy robisz nic – wyśpisz się, pójdziesz po śniadanie, wypijesz kawę i będziesz tylko patrzeć na ludzi, albo pomagać dziecku w rozwiązywaniu zadań z geometrii.

Kuala Lumpur<< >>Taman Negara

About the author : Maja

Leave a Reply

Your email address will not be published.