Asante sana, Kenia

Wiem, że z perspektywy Polski wygląda, jakbyśmy byli na permanentnym urlopie, ALE TO NIEPRAWDA. Wakacje, wakacje!!! Wakacje bardzo wyczekane, bo odkąd zobaczyłam skrawek Kenii kilka lat temu w służbie ubiegłej matki korporacji, wiedziałam, że zostało tam mojego serce i muszę wrócić. Strasznie chciałam pokazać Afrykę chłopakom. Wydawało mi się, że z Mauritiusu będzie bliżej i taniej, ale paradoksalnie lot z Warszawy kosztuje tyle samo. Tyle wygraliśmy, że w samolocie spędziliśmy 4h zamiast 10.

Najpierw Nairobi, mamy kawałek dnia, więc lecimy do słoniowego sierocińca fundacji Sheldricka. Niesiona falą miłości do Afryki czytałam kiedyś Afrykańską Love Story pani Daphne Sheldrick i tu teraz nastąpi agitacja – adoptujcie słonie. Albo nosorożce. I jedne, i drugie są piękne, mądre i zagrożone. Można wirtualnie zaadoptować zwierzaka, kosztuje to 50USD na ROK. Dwie stówy. Halo. Niektórzy więcej zostawiacie jednorazowo na imprezie. Szczegóły adopcji tutaj. Małe słoniki są przykryte kocem, mają swoich opiekunów, którzy razem z nimi są cały czas i wstają do nich w nocy na karmienie co  trzy godziny. Słoniki są ciepłe i szorstkie w dotyku, a mała wszędobylska trąba łaskocze. Są tak wzruszające, że można chcieć tam zostać na zawsze.

Spędziliśmy 3 noce w namiotach nad rzeką Mara, w rezerwacie Masai Mara. W namiotach, z których widać było wygrzewające się nad rzeką hipcie i krokodyle. Po zmroku po obozie poruszasz się w obstawie, bo hipcie  mają zwyczaj odwiedzać obóz. Pierwszej nocy z wrażenia nie spałam zbyt wiele – odgłosy lwa, hieny i hipopotamów i bóg wie czego jeszcze skutecznie stawiały mnie na nogi. Kolejne noce spałam już jak zabita. Dni spędzaliśmy obtłukując tyłki w samochodzie z podniesionym dachem, dostając zeza rozbieżnego od gapienia się w lornetki, mnie przy tym chyba nie schodził z twarzy głupkowaty uśmiech.

Syni znieśli warunki całkiem godnie, choć nie obyło się bez kilka burz w szklance wody – ty idioto, zamknij się głupku, kłamiesz, blablablaabla, mamo, a on powiedział! pobaw się ze mną mój pysiaczku, babci tygrysku! W takich chwilach marzysz, by oddać ich do rocznej szkoły z internatem, a samemu uciec na drugi koniec świata. Ale kiedy Tytus stoi przyklejony do swojego słoniątka, a Szymon zapisuje kolejne strony zwierząt, które już zobaczył i wypatruje skupiony kolejnych, to ich małe wojny nie mają zupełnie znaczenia.

Szymon chciał zostać w Edenie na zawsze, ale w planach były jeszcze jezioro Naivasha i Nakuru.
Przenieśliśmy się do lodga w Naivashy, gdzie domki na wzgórzu i zasięg wifi. Podobnie, jak w poprzednim miejscu jakieś 90% gości stanowili Chińczycy i przysięgam, zetknięcie z nimi było jedynym dziwnym elementem tego wyjazdu.

Każde z miejsc, które odwiedziliśmy było zupełnie inne, nie umiem powiedzieć co było najlepsze. Cały ten wyjazd był. W życiu nie pomyślałabym, że obserwowanie ptaków może być tak zajmujące. Że uda się tyle zobaczyć. I napewno jeszcze wrócę.

A teraz będzie zalew obrazków, na dysku udało mi się zejść z 1400 do 800, ale skoro Chińczycy zalewają przestrzeń internetu swoimi selfie z papają, kiełbasą i wszystkim co im wpadnie w ręce, to kilka MB moich nudnych zdjęć ze zwierzętami  może nikogo nie zaboli.

Aha, no i jeśli chcielibyście pojechać do Kenii lub Tanzanii, ale się boicie, to najlepiej zrobić to z Asią i Teddym

sierociniec fundacji Sheldricka
Masai Mara
Nakuru
Naivasha
dom Karen Blixen
zima<< >>Pan Maluśkiewicz

About the author : Maja

Leave a Reply

Your email address will not be published.